List pożegnalny Lady Makbet do męża – klasa I LO

List pożegnalny Lady Makbet do męża

Diable i zbrodniarzu w osobie mojego męża,

winy we mnie wiele, tak ogromnie wiele, żem nie mogę już na tem świecie żyć. Jednakże musze zrzucić to brzemię, które tak bardzo mię uciska. Wychowano mię w katolickiej wierze, w której morderstwo to zbrodnia ogromna. Nie mogłam grzechu śmiertelnego popełnić, nie mogłabym zabić bliźniego. Alem kochała Cię. Kochałam Cię miłością żarliwą, pełną ufności i wiary w przyszłość, a takowoż i w Twą prawość i szlachetność. Ty żeś jednakoż ślepo uwierzył swym widziadłom, nie odróżniał świata realnego, od tego, któryś sam stworzył i to Cię zgubiło. Tylko straszliwa choroba mogła przemienić prawego rycerza w kogoś tak okrutnego, kto dopuścił się tylu zbrodni, nie szczędząc przyjaciół, kobiet, a nawet dzieci.

Nie mogłam wiedzieć, że wychodząc za Ciebie, zbrodnię popełnię tak wielką. Nie ja zresztą o tym małżeństwie decydowałam. Gdybyż moja matka i mój ojciec, podejmując decyzje o połączeniu nas węzłem małżeńskim, wiedzieli co zdarzy się w przyszłości, nigdy by za takiego zbrodniarza mię nie posłali. Teraz jednakoż niech spoczywają w pokoju, chociaż taki czyn może każdy spokój zmącić. To wszystko, co mię spotkało nie było dziełem przypadku, było dziełem szatana, któremu omamić się dałeś, a ja wraz z Tobą.

Zmąciłeś mię swemi widziadłami, omamami, które jawiły Ci się przed oczami. Słuchałam Cie, choć nie raz nie mogłam dać wiary w te cuda, wiedźmy i wiedźminy, które Ci przepowiadały że królem zostaniesz. Twa choroba rozpętała w Tobie straszną walkę, obudziła potworne demony. Stałeś się okrutny i zachłanny. Zła w Tobie było tak wiele, aż w końcu musiało zwyciężyć.  W Twych oczach był diabeł i szaleństwo, a ja zamiast uciec, zostałam. Przelękłam się, chcąc chronić swoje życie i życie Twojego potomka, którego w łonie nosiłam. Bóg jednak nie chciał, by na świat przyszedł potomek diabła, dlatego zabrał mi go tuż po śmierci Dunkana. Tak może było lepiej. Zabiłbyś go i tak, sądząc, że tylko w ten sposób możesz rządzić wiecznie. Ale tęsknota w mym sercu, tęsknota za nigdy nie narodzonym synem jest tak wielka, że w mym matczynym sercu wyrwa została ogromna.

Czuję już spokój, objawia się we mnie jakieś od Boga pochodzące zjawisko… uczucie ulgi i ukojenia. Odzywa się we mnie głos wewnętrzny, który namawia mię do tego, co chce uczynić. Ów głos wieszczy mi zbawienie. Nie chce się brnić. Ni czuję nigdzie we mnie oporu przed tym czynem. Nie chcę żyć samotnie, z poczuciem winy. Nie mogę już Cię kochać, a jaki sens ma życie bez ukochanej osoby. Widoczną zatem jest dla mnie rzeczą, że umrzeć i uwolnić się od trosk życia, lepszym jest wyjściem niżby za zbrodnie mię sądzono.

Ogrom jest też poczucia win, których zmazać się nie da. Nie da się zmyć krwi niewinnych. Lochy nie wystarczą, nic nie da ni pokuta ni przebaczenie. Ogień piekielny będzie mię trawił przez całą wieczność. Zbyt wiele krzywd wyrządziłam sobie i innym, nie zasługuje na litość, podobnie jak Ty, mężu mój. Pozostań w pokoju i nie krzywdź nigdy więcej innych. Będę błagać o łaskę dla Ciebie.

Wybaczam Ci wszystkie winy i to nawet, że mię opuściłeś w potrzebie. Widzę wszędzie krew, chcę już się od tego uwolnić. Żegnaj!

 

Reklamy